Praca za wszelką cenę?

Pierwotnie na koniec tego tygodnia miał wejść inny wpis. Jednak od trzech dni jestem chory i nie zdążyłem go dokończyć. I nie zamierzam się tym przejmować.

Poza tym, że jak przystało na faceta jestem o krok od śmierci i spisuję testament bo coś za mocno boli mnie gardło, to naszła mnie pewna refleksja (czy to już te omamy od gorączki?!). Otóż zastanowiłem się czy praca czy to zarobkowa czy w formie jakichś pobocznych zadań powinna być robiona za wszelką cenę. Czy powinienem się zmuszać do zrobienia czegoś i napędzać spiralę paniki kiedy przez chociażby właśnie chorobę gorzej mi się wykonuje cięższe zadania?

Człowiek w obecnych czasach stawia wykonanie zadań ponad jakość swojego życia. Działamy mając w głowie zakodowane, że jak teraz będę tyrał jak wół to potem będę dzięki temu mógł dłużej odpocząć. Tylko to potem się przesówa. I przesówa. A my mimo złego samopoczucia czy jakichś przeciwności losu brniemy z robotą jak gdyby od wysłania maila w terminie zależało nasze życie. A potem coraz popularniejsze stają się artykuły o depresji i wypaleniu zawodowym.

Nie wiem czy też tak macie, ale ja codziennie jak nie zrobię czegoś co planowałem albo co miałem zamiar lub chęć zrobić zaczynam nakręcać się z myślami typu „zmarnowałem dzień”, „nie uda się już tego zabrać”, „zniszczyłem marzenia” itd. Raczej nikt nie ma wątpliwości, że takie myślenie nie nastraja pozytywnie. Dlatego od kilku dni próbuję zmienić swoje nastawienie do zadań. Wiadomo, że nie zmieni się myślenia w tydzień, ale zacząć zmianę trzeba. A okres choroby jest chyba dobrym momentem bo mimo wszystko człowiek nie jest w stanie pracować na 100%.

Pierwsza sprawa polega na tym, że przerzucam się powoli z trybu „dzisiaj cały wolny czas spędzam robiąc X” na „codziennie poświęcę pół godziny na robienie X i pół godziny na robienie Y”. Reszta czasu wolna lub jak będzie mi się nudziło to mam dodatkowy czas na którąś z poprzednich czynności. I wiecie co? Zacząłem robić więcej. Tzn. zacząłem pracować wydajniej. Jeden z efektów to posty na blogu praktycznie co 2-3 dni.  Mocno ograniczając czas, ale wprowadzając regularność pracuje mi się lepiej.

Druga rzecz, której w sumie dotyczy ten wpis to nie przejmowanie się faktem, że trzeba coś odłożyć. Do tej pory przychodziłem z pracy i mając otwarty jakiś swój projekt robiłem go do upadłego. Często chodząc późno spać bo przecież jak nie zrobię jeszcze trochę to na pewno później się nie zabiorę. To samo było kiedy chorowałem. Ból głowy i gorączka? Trudno, trzeba robić. Efekt tego był taki, że po pierwsze pracowałem mało efektywnie więc się frustrowałem, że praca idzie wolno, po drugie na koniec dnia mimo siedzenia cały dzień w domu byłem wykończony, a po trzecie zwykle praca w takim stanie dawała wątpliwej jakości owoce. Teraz chorując uznałem, że odkładam na chwilę to co robię od kilku dni mimo, że szło mi bardzo sprawnie. Uznałem, że tak będzie lepiej i z korzyścią dla projektu. Jak również, a może przede wszystkim, z korzyścią dla mnie. Jeśli za 2-3 dni wyzdrowieję i od razu wrócę do zadań jak gdyby nigdy nic to będzie znaczyło, że próba się udała. Ale tak nie będzie. Albo odłożę to jeszcze bardziej, albo będę miał ciągle w głowie myśl, że tyle czasu zmarnowałem zamiast robić :P

Warto dać chwilowo na luz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *